|
Zakładki:
|
niedziela, 19 października 2008
Zespół każe, kierowca musi?
Wyścig o Grand Prix Chin porywający nie był. Jasne, to co trzeba, oddaję - bo Kubica awansował o pięć pozycji, przyjechał na szóstym miejscu i jest bardzo blisko miejsca na podium w klasyfikacji końcowej mistrzostw świata - ale tematem numer jeden przy okazji wyścigu w Szanghaju nie była walka na torze, a raczej jej brak. Na 50 okrążeniu Kimi Raikkonen zdjął nogę z gazu, jadący za nim kolega z Ferrari Felipe Massa bez problemu go wyprzedził i dojechał do mety drugi. Wiadomo: jeden walczy jeszcze o tytuł mistrza świata, drugi nie ma szans, by go obronić, więc zgodnie z poleceniem zespołu Fin odpuszcza, by Massa zyskał więcej punktów. Logiczne. Bardzo. Ale według przepisów F1 tzw. ”team orders”, czyli polecenia zespołu są zabronione. Tak robić nie można. Choć tak naprawdę można, tylko nie za bardzo bezczelnie (podczas GP Chin, dla uwiarygodnienia skutecznego ataku Massy mechanicy Ferrari informowali o kłopotach z samochodem Fina - LOL). Dlatego McLaren zapowiedział już protest w tej sprawie (choć sam bez grzechu nie jest, bo praktykę podobną z upodobaniem też stosuje), który to prostest zostanie odrzucony. Tylko po co utrzymywać ten przepis? Przecież skoro obaj kierowcy są z tego samego teamu, to powinni robić wszystko, by ten team wygrywał. Bo choć trudno F1 nazwać sportem drużynowym, to przecież startujący w nim kierowcy są profesjonalistami, którzy za swoją pracę dostają pieniądze. Więc jeśli ich pracodawca uznaje, że ktoś inny z drużyny powinien jechać pierwszy, bo tego dobro owej drużyny wymaga, to chyba jest to logiczne? Po co ta cała farsa z technicznymi problemami, protestami i przepisami, że tak nie wolno? W kolarstwie każda grupa ma lidera, któremu pomagają inni zawodnicy z tej grupy. Jeśli lider odstaje, przezywa na trasie kryzys - pomocnicy robią wszystko, by nie wypadł on z peletonu. Zostają z nim, by kosztem swojej pozycji ratować owego lidera. Podobnie jest na finiszu: pomocnicy ”rozprowadzają” tego, kto ma największe szanse. To czemu w F1 nie może być taka samo? Rozumiem, gdyby manewr utrudniał jazdę innym - wtedy to niedopuszczalne i powinno skończyć się dyskwalifikacją. przypomnijmy finał biegu na 10 km podczas igrzysk olimpijskich w Barcelonie, kiedy zdublowany już Hammou Boutayeb blokował Kenijczyka Richarda Chelimo, w znacznym stodpniu umożliwiając swemu rodakowi, Khalidowi Skahowi ostateczne zwycięstwo. manewry Marokańczyków były niemiłosiernie wygwizdywane, sędziowie próbowali interweniować, ale Boutayeb nie chciał odpuścić. Ale przypadki w F1 są inne. Zespół robi wszystko, by jego najlepszy zawodnik zgromadził jak najwięcej punktów, bo walczy o tytuł. Po co to działanie ”pod płaszczykiem”? Inna sprawa, że to raczej i tak nie pomoże Ferrari. Najwyższy kurs u bukmacherów na końcowy triumf Hamiltona to 1.29. Zawyżony. PS. I jeszcze jedno: dziś w Szanghaju podobną, co w Ferrari sytuację mieliśmy w BMW. Bo Heidfeld jechał przecież przed Kubicą. Spiskowa teoria dziejów, że o bolid Kubicy dba sie w ekipe BWM-Sauber mniej jakoś mnie nie pociąga, ale w tym przypadku to przeciez jasne, że Kubica bardziej potrzebuje punktów...
czwartek, 16 października 2008
Plusy mimo wszystko
Tak, wczoraj było strasznie. To jeden z takich meczów, po którym człowiek nie ma ochoty już nigdy więcej oglądać futbolu (ja przynajmniej nie miałem - a w nocy grała Argentyna...). Ale potem pomyślałem, parafrazując niezawodnego Ryszarda Ochódzkiego, że minusy nie powinny przysłonić plusów. Bo: – Szczęście w nieszczęściu, że dwie tak idiotyczne bramki rywale strzelili nam w jednym meczu. Strata punktów przez głupie gole jest w tym przypadku jednorazowa. Jakoś nie wierzę, że równie głupie bramki stracimy ze Słowenią, Irlandia Północną, czy Czechami. Załóżmy więc optymistycznie, że limit pecha się wyczerpał. – Po czterech spotkaniach eliminacji MŚ 2010 mamy dokładnie taki sam bilans, jak po czterech meczach eliminacji Euro 2008: dwa zwycięstwa, remis i porażkę. A grupę nieporównanie łatwiejszą niż wtedy: Ani Czesi, ani tym bardziej Słowacy nie zachwycili. A jeśli wygrana z nami ma im dać wiatr w żagle, to niech ten wiatr łapią i odbierają punkty innym - choćby sąsiadom. A my ze Słowacją u siebie wygramy. – Na wiosnę, kiedy europejskie reprezentacje wrócą na boiska walczyć o promocję na Mundial, czekają nas dwa mecze z Irlandią Północną i rewanż z San Marino. Być może do tego czasu choć trochę wyjaśni się sytuacja wokół pewnej instytucji zarządzającej polską piłką, a nasi kibice, miast wyzywać jej szefa od różnych, tudzież udzielać rad PZPN-owi, które to piosenki bynajmniej nie zachęcają piłkarzy do wysiłku, będą normalnie dopingować. O tych, którzy pojechali do Bratysławy w celach innych, niż sportowe, nie wspomnę. – Z ową wiosną, prócz zmian w instytucji, przyjdą może lepsze czasy dla niektórych naszych reprezentantów. Może w zimowym okienku transferowym życie piłkarskie im się nieco wyprostuje, i trafią do klubów, w których nie będą grzali ławy. Albo siedzisk na trybunach. Jeśli chodzi o bukmacherów, niewiele się zmieniło: Polska nadal jest faworytem nr dwa do wygrania grupy 3:
A tym, którzy nadal cierpią i głowią się, jak to się mogło stać, filmik ku pokrzepieniu serc pokazujący, że Słowakom (i Czechom) nie zawsze wychodzi...
czwartek, 09 października 2008
Gdzie by tu zagrać?
- Jak na razie nie jest źle - pocieszał się facet, ktory wypadł z czterdziestego piętra w dowcipie opowiedzianym w kapitalnym filmie Mathieu Kassovitza "Nienawiść". Cóż, nasi chyba tego powiedzieć nie mogą, co widać na zgrupowaniu we Wronkach. Ale może nie ma co dramatyzować? Choć bukmacherzy są nieco sceptyczni, jeśli chodzi o triumf Polaków. Jak na gospodarzy, kursy choćby w Gamebookers, ekpekcie czy sportingbecie są dość wysokie. To może warto postawić? Wprawdzie kierowanie się kibicowskimi sympatiami z reguły nie przynosi profitów, ale w końcu.... Polskaaaaa, biało-czerwoniiii!!! Polska - Czechy 1 X 2
A dla tych, którzy jednak "nie mieszają dwóch systemów walutowych" i nie obstawiają meczów Polski widzi mi się mecz Ukraina - Chorwacja na 2. I to tak całkiem, całkiem mi się widzi...
sobota, 27 września 2008
Grajmy, nie gadajmy!
Jeśli chodzi o siatkówkę, to ostatnio sprowadza się ona do konfliktu pomiędzy Raulem Lozano a Mariuszem Wlazłym.
I wszystkimi wątkami tegoż. Więc wychodzi na to, że Lozano miał siatkarzy naszych za cyborów, maszyny tudzież terminatorów i bezlitośnie wysyłał ich na parkiet siódme poty wyciskając. I jeszcze, że przed barażowymi meczami z Belgią czołowa czwórka naszych siatkarzy symulowała kontuzje i zrobiła sobie wakacje. A to, że że Lozano obściskiwał się z działaczami (uffff, magiczne słowo - działacz) kiedy ważyły się jego losy, a kiedy już się zważyły, wygarnął, co o nich myśli... I jest tak, że quot homines, tot sententiae. Jedni mówią, że Lozano dobry, a Wlazły zły, że jeden sprawiedliwy a drugi gwiazdorzy. Inni, że Lozano nie tylko prochu nie wymyślił, ale że jego jedynym pomysłem było wyrzucenie z kadry Szymańskiego, i wystawianie Gruszki jako zmiennika Wlazłego (który jak wyżej, ale wręcz przeciwnie - że rację ma). Jeszcze inni dowodzą, że kiedyś było inaczej, i lepiej i nikt nie grymasił, a teraz to delikatni jacyś ci sportowcy. Tu zresztą też łacińska maksyma ma zastosowanie, bo znajdą się i tacy, co powiedzą, że kiedyś obciążenie sportowca zawodowego było jednak mniejsze. Bo było.
Rację mają zatem i Robert Prygiel, mówiąc o zamieszaniu wokół reprezentacji było - minęło i Przemek Iwańczyk pisząc o zakończeniu cokolwiek żałośnego spektaklu. Grajmy w siatkówkę. Na przykład tak:
środa, 24 września 2008
Smak drugiej połówki Camp Nou
Dziś wieczorem, na Camp Nou piłkarze Barcelony podejmą w meczu czwartej kolejki Primera Division Real Betis Sewillę. Dziś też legendarny obiekt Barcy „uszczknął drugą połówkę" – kończy bowiem 51 lat.
Jest największym stadionem w Europie i dziesiątym co do wielkości na świecie - jego trybuny mieszczą 98 772 osoby. Uroczyste otwarcie nastąpiło w 1957 roku, a zaszczytu zmierzenia się z jedenastką „Blaugrana" i tym samym inauguracji obiektu dostąpili piłkarze Legii Warszawa. Katalończycy nie okazali się gościnni, wygrali 4:2, a pierwszego gola na Camp Nou strzelił Eulogio Martinez. Dawnych wspomnień czar...: W historii Camp Nou jest jeszcze inny, nie mniej ważny polski ślad. Otóż własnie tu, w 1992 roku rozegrano finał piłkarskiego turnieju IO w Barcelonie. Reprezentacja Polski, prowadzona przez Janusza Wójcika, z Wojciechem Kowalczykiem i Andrzejem Juskowiakiem w składzie uległa wówczas Hiszpanii 2:3. Cóż, polscy olimpijczycy i Dariusz Szpakowski w wielkiej formie:
Tak smakowała pierwsza połówka Camp Nou. A jak smakować będzie druga? Dzisiejszy mecz Barcelony przeciwko Betisowi raczej do annałów nie przejdzie. Ale powspominać zawsze miło. Czyż nie? Szkoda tylko, że tej piłki w 1992 jednak nie udało się wybić...
wtorek, 16 września 2008
Futbol nie znosi próżni
I dlatego, zupełnie jak na rejsowym zebraniu, gdy ktoś musiał zacząć pierwszy, w piłce nożnej musi być klub, który gromadzi u siebie wielkie gwiazdy, nie bacząc na koszty, ani sens ich sprowadzania. W latach siedemdziesiątych takim klubem był New York Cosmos. Tu przyjeżdżały piłkarskie sławy, by za godziwe pieniądze dorobić sobie do piłkarskiej emerytury, a jednoczesnie pokazać się w stolicy świata. Zresztą, jeśli klub nazywa się Cosmos (od Cosmopolitans), to trzeba spodziewać się w nim międzynarodowego towarzystwa.
Po zakończeniu kariery przez Pelego, gdy wątki brazylijskie nie były już tak istotne, nowe stroje zaprojektował sam Ralph Lauren - bo New York Cosmos to była marka! Cosmos stać było na płacenie gwiazdom ciężkich pieniędzy, bo klub wspierał Warner - największa grupa medialna na świecie, do którego należą wielkie gazety, telewizje i wytwórnie filmowe. Cosmos przestali istnieć w 1985 roku. Potem było trochę posuchy, wreszcie w 2000 roku prezydent Realu Madryt Florentino Perez rozpoczął operację "Galacticos". Umyślił sobie, że co roku będzie sprowadzać na Santiago Bernabeu wielką gwiazdę. Ale taką naprawdę wielką, na która pójdzie masa pieniędzy, i który zapewni klubowi nie tylko piękne gole (bo obrońców Perez zamierzał rekrutować spośród wychowanków, na tyłach wystarczali mu reprezentanci miejscowej planety). Najpierw za 60 mln euro wydarł Barcelonie Luisa Figo.
Rok później zapłacił Juventusowi 73,5 mln euro za Zinedine'a Zidane'a. Potem na Santiago Bernabeu trafiali: Ronaldo z Interu Mediolan, David Beckham z Man Utd, i Michael Owen z Liverpoolu. Real w 2003 roku wywalczył mistrzostwo Hiszpanii, ale potem przyszły trzy lata chude. Bardzo chude, bez żadnego trofeum. Polityka "Zidanów i Pavonów" skończyła się fiaskiem, i na początku 2006 roku Perez odszedł z klubu. W 2003 roku kupił Chelsea, i zaczął pompować w nią gigantyczne sumy pieniędzy. Damien Duff - 26,5 mln euro, Hernan Crespo 26 mln, Adrian Mutu prawie 23 mln, Juan Sebastian Veron 22,5 mln, Claude Makelele 20 mln, Scott Parker - 14 mln... w pierwszym roku rządów Abramowicza. Wudał ponad 175 mln euro. W kolejnym ponad 160 mln, na m.in.: Didiera Drogbę, Ricardo Carvalho, Paulo Ferreirę, Arjena Robbena, Jiriego Jarosika. W trzecim roku urzędowania tylko na parę Mickael Essien - Shaun Wright-Phillips wyłożył prawie 70 mln euro! W sezonie 2006/2007 za Andrija Szewczenkę zapłacił wówczas 46 mln euro. "Szewa" był w Londynie zupełnie niepotrzebny. Ale Abramowicz go lubił...
I odgraża się, że to nie koniec. Szejkowie sa ponoć gotowi zapłacić Juve za Gianluigiego Buffona 75 mln, Milanowi za Kakę 165 mln euro, a MU za Cristiano Ronaldo 170 mln euro.
sobota, 13 września 2008
Sto lat, Goran!
Nie tak dawno emocjonowaliśmy się tenisowym US Open i walką Rogera Federera o uratowanie nienajlepszego sezonu. Szwajcarowi się udało – po raz piąty z rzędu wygrał w Nowym Jorku. Miewał wahania formy, ciężkie, pięciosetowe przeprawy, nie był, jak to wcześniej bywało, poza zasięgiem rywali, ale poradził sobie i uwodnił, że jest wielkim mistrzem.
W ojczyźnie czekały na niego tysiące fanów. „Nie da się tego opisać, tak nie witali nawet piłkarzy wracających z brązowym medalem z mistrzostw świata” – opowiadali mi kiedyś znajomi z Zagrzebia.
I jeszcze Goran Ivanisevic feat. System of A Down mix.:
piątek, 12 września 2008
Robinho już wygrał z Liverpoolem i MU
"On nie może już doczekać się debiutu" - mówi menedżer Manchesteru City Mark Hughes. - "Tym bardziej, że wypadnie on w meczu z Chelsea."
Kto tak bardzo pali się do gry? Oczywiście Robinho, za którego City, zasilone milionami arabskiej grupy inwestycyjnej Abu Dabi United Group zapłaciło ok. 42 mln euro.
wtorek, 09 września 2008
Achilles i żółw, czyli poziom w Europie się wyrównał
Nie ma co ukrywać - dobrze nie jest. Już nawet Jacek Gmoch zaczyna przebąkiwać, że Leo Beenhakker powinien odejść, i że czas na zmiany. Reprezentacja zagrała ze Słowenią fatalnie, kadrowicze zebrali skandalicznie niskie, choć zupełnie zasłużone noty, zamiast planowych trzech punktów dopisaliśmy do swojego konta jeden i z rosnącym niepokojem wyczekiwać poczęliśmy meczu z San Marino. Oczywiście tu też planowo mamy dopisać sobie trzy punkty, ale, w zaistniałej sytuacji... Dlatego w polskim obozie nastąpiła pełna mobilizacja. Leo zamyka treningi, by przećwiczyć jakieś wymyślne, ofensywne taktyki. Mówi się o wystawieniu dwóch napastników (no, no!), reprezentację znów ratować ma Ebi Smolarek, a boczni obrońcy wreszcie mają dublować skrzydłowych i zagrać ofensywniej. Co ciekawe, powtarzanie, że poziom gry się wyrównał, i że słabych już nie ma to nasza specjalność. Bo zawsze, po marnym występie okazuje się, że "poziom się wyrównał”. Wychodzi na to, że poziom gry wyrównuje się już od dłuższego czasu, co z jednej strony przypomina słynny filozoficzny paradoks z Achillesem i żółwiem, którego sławny heros nie mógł dogonić (no bo przecież wciąż z San Marino wygrywamy), a z drugiej każe jednak z przerażeniem czekać jutrzejszego meczu. No bo jak się w końcu wyrówna, to i ”złota rączka” może nie wystarczyć: Bukmacherzy raczej skłaniają się ku tej pierwszej opcji;
środa, 23 lipca 2008
Mallorca, extasy and motion
Kibice na Wyspach już dawno przyzwyczaili się, że kluby Premiership są coraz mniej angielskie. I nie chodzi tutaj o piłkarzy czy trenerów, lecz właścicieli klubów. Chelsea, Aston Villa, Fulham, Liverpool, Manchester City, Manchester United, Portsmouth i West Ham. Te zespoły są już w rękach zagranicznych właścicieli. Możliwe, że niedługo dołączy do nich Tottenham (cena wywoławcza to 250 mln funtów). Czy oznacza to, że angielscy milionerzy nie interesują się piłką bądź są za biedni? Niekoniecznie. Okazuje się, że niejaki Paul Davidson, właściciel firmy układającej rury kanalizacyjnej, kupił Real Mallorkę. Za 96 proc. akcji klubu zapłacił 50 mln funtów. Davidson przyznaje, że na futbolu się nie zna i dopiero zamierza regularnie odwiedzać stadion. Bieżące zarządzanie klubem zostawi w rękach miejscowych działaczy. Na razie bukmacherzy jakoś z entuzjazmem nie zareagowali na wieści płynące z Balearów. Szanse Mallorki (na mistrzostwo Hiszpanii) Davidson nic nie powiedział na temat, dlaczego wybrał Hiszpanię. A za podobną kwotę mógł kupić angielski klub - Portsmouth. Klub ten znudził się już bowiem rosyjsko-francuskiemu biznesmenowi Aleksandrowi Gajdamakowi. Ogłosił on kilka tygodni temu, że jest gotów sprzedać Portsmouth za 60 mln funtów. Tym samym Gajdamak chce tylko zwrotu kosztów, jakie poniósł dwa lata temu kupując klub. Wtedy - wg nieoficjalnych danych - w dwóch ratach zapłacił za niego w sumie 47 mln funtów (kilkanaście wydał na transfery). A Davidson może sobie posłuchać: |