Bo nie zna życia, kto nie działał w bukmacherce!
Kategorie: Wszystkie | Szalone jamniory | Typy Dnia
RSS
niedziela, 19 października 2008
Zespół każe, kierowca musi?

Wyścig o Grand Prix Chin porywający nie był. Jasne, to co trzeba, oddaję - bo Kubica awansował o pięć pozycji, przyjechał na szóstym miejscu i jest bardzo blisko miejsca na podium w klasyfikacji końcowej mistrzostw świata - ale tematem numer jeden przy okazji wyścigu w Szanghaju nie była walka na torze, a raczej jej brak. Na 50 okrążeniu Kimi Raikkonen zdjął nogę z gazu, jadący za nim kolega z Ferrari Felipe Massa bez problemu go wyprzedził i dojechał do mety drugi. Wiadomo: jeden walczy jeszcze o tytuł mistrza świata, drugi nie ma szans, by go obronić, więc zgodnie z poleceniem zespołu Fin odpuszcza, by Massa zyskał więcej punktów.

Logiczne. Bardzo. Ale według przepisów F1 tzw. ”team orders”, czyli polecenia zespołu są zabronione. Tak robić nie można. Choć tak naprawdę można, tylko nie za bardzo bezczelnie (podczas GP Chin, dla uwiarygodnienia skutecznego ataku Massy mechanicy Ferrari informowali o kłopotach z samochodem Fina - LOL). Dlatego McLaren zapowiedział już protest w tej sprawie (choć sam bez grzechu nie jest, bo praktykę podobną z upodobaniem też stosuje), który to prostest zostanie odrzucony.

Tylko po co utrzymywać ten przepis? Przecież skoro obaj kierowcy są z tego samego teamu, to powinni robić wszystko, by ten team wygrywał. Bo choć trudno F1 nazwać sportem drużynowym, to przecież startujący w nim kierowcy są profesjonalistami, którzy za swoją pracę dostają pieniądze. Więc jeśli ich pracodawca uznaje, że ktoś inny z drużyny powinien jechać pierwszy, bo tego dobro owej drużyny wymaga, to chyba jest to logiczne? Po co ta cała farsa z technicznymi problemami, protestami i przepisami, że tak nie wolno? W kolarstwie każda grupa ma lidera, któremu pomagają inni zawodnicy z tej grupy. Jeśli lider odstaje, przezywa na trasie kryzys - pomocnicy robią wszystko, by nie wypadł on z peletonu. Zostają z nim, by kosztem swojej pozycji ratować owego lidera. Podobnie jest na finiszu: pomocnicy ”rozprowadzają” tego, kto ma największe szanse. To czemu w F1 nie może być taka samo? 

Rozumiem, gdyby manewr utrudniał jazdę innym - wtedy to niedopuszczalne i powinno skończyć się dyskwalifikacją. przypomnijmy finał biegu na 10 km podczas igrzysk olimpijskich w Barcelonie, kiedy zdublowany już Hammou Boutayeb blokował Kenijczyka Richarda Chelimo, w znacznym stodpniu umożliwiając swemu rodakowi, Khalidowi Skahowi ostateczne zwycięstwo. manewry Marokańczyków były niemiłosiernie wygwizdywane, sędziowie próbowali interweniować, ale Boutayeb nie chciał odpuścić.


 
Ale przypadki w F1 są inne. Zespół robi wszystko, by jego najlepszy zawodnik zgromadził jak najwięcej punktów, bo walczy o tytuł. Po co to działanie ”pod płaszczykiem”? Inna sprawa, że to raczej i tak nie pomoże Ferrari. Najwyższy kurs u bukmacherów na końcowy triumf Hamiltona to 1.29. Zawyżony.

PS. I jeszcze jedno: dziś w Szanghaju podobną, co w Ferrari sytuację mieliśmy w BMW. Bo Heidfeld jechał przecież przed Kubicą. Spiskowa teoria dziejów, że o bolid Kubicy dba sie w ekipe BWM-Sauber mniej jakoś mnie nie pociąga, ale w tym przypadku to przeciez jasne, że Kubica bardziej potrzebuje punktów...  

14:33, endrju1976
Link Komentarze (15) »
czwartek, 16 października 2008
Plusy mimo wszystko

Tak, wczoraj było strasznie. To jeden z takich meczów, po którym człowiek nie ma ochoty już nigdy więcej oglądać futbolu (ja przynajmniej nie miałem - a w nocy grała Argentyna...). Ale potem pomyślałem, parafrazując niezawodnego Ryszarda Ochódzkiego, że minusy nie powinny przysłonić plusów. Bo:

– Szczęście w nieszczęściu, że dwie tak idiotyczne bramki rywale strzelili nam w jednym meczu. Strata punktów przez głupie gole jest w tym przypadku jednorazowa. Jakoś nie wierzę, że równie głupie bramki stracimy ze Słowenią, Irlandia Północną, czy Czechami. Załóżmy więc optymistycznie, że limit pecha się wyczerpał.

– Po czterech spotkaniach eliminacji MŚ 2010 mamy dokładnie taki sam bilans, jak po czterech meczach eliminacji Euro 2008: dwa zwycięstwa, remis i porażkę. A grupę nieporównanie łatwiejszą niż wtedy: Ani Czesi, ani tym bardziej Słowacy nie zachwycili. A jeśli wygrana z nami ma im dać wiatr w żagle, to niech ten wiatr łapią i odbierają punkty innym - choćby sąsiadom. A my ze Słowacją u siebie wygramy.

– Na wiosnę, kiedy europejskie reprezentacje wrócą na boiska walczyć o promocję na Mundial, czekają nas dwa mecze z Irlandią Północną i rewanż z San Marino. Być może do tego czasu choć trochę wyjaśni się sytuacja wokół pewnej instytucji zarządzającej polską piłką, a nasi kibice, miast wyzywać jej szefa od różnych, tudzież udzielać rad PZPN-owi, które to piosenki bynajmniej nie zachęcają piłkarzy do wysiłku, będą normalnie dopingować. O tych, którzy pojechali do Bratysławy w celach innych, niż sportowe, nie wspomnę.

– Z ową wiosną, prócz zmian w instytucji, przyjdą może lepsze czasy dla niektórych naszych reprezentantów. Może w zimowym okienku transferowym życie piłkarskie im się nieco wyprostuje, i trafią do klubów, w których nie będą grzali ławy. Albo siedzisk na trybunach.

Jeśli chodzi o bukmacherów, niewiele się zmieniło: Polska nadal jest faworytem nr dwa do wygrania grupy 3:
Czechy 1.65, Polska 3.75, Słowacja 8.00

 Czechy 1,66 Polska 3,50 Słowacja 7.00

 Czechy 1,70 Polska 3,50, Słowacja 5,50

A tym, którzy nadal cierpią i głowią się, jak to się mogło stać, filmik ku pokrzepieniu serc pokazujący, że Słowakom (i Czechom) nie zawsze wychodzi...

17:47, endrju1976
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 października 2008
Gdzie by tu zagrać?

- Jak na razie nie jest źle - pocieszał się facet, ktory wypadł z czterdziestego piętra w dowcipie opowiedzianym w kapitalnym filmie Mathieu Kassovitza "Nienawiść". Cóż, nasi chyba tego powiedzieć nie mogą, co widać na zgrupowaniu we Wronkach. Ale może nie ma co dramatyzować? Choć bukmacherzy są nieco sceptyczni, jeśli chodzi o triumf Polaków. Jak na gospodarzy, kursy choćby w Gamebookers, ekpekcie czy sportingbecie są dość wysokie. To może warto postawić? Wprawdzie kierowanie się kibicowskimi sympatiami z reguły nie przynosi profitów, ale w końcu.... Polskaaaaa, biało-czerwoniiii!!! 

Polska - Czechy

1 X 2

 2.45 3.15 2.65


 2.65 3.10 2.65


 2.62 2.90 2.50


 2.60 3.20 2.75


 2.65 3.10 2.65


 2.65 3.10 2.50


: 2.50 3.00 2.45


 2.55 3.15 2.55


 2.60 3.20 2.65


 2.37 3.20 2.60

A dla tych, którzy jednak "nie mieszają dwóch systemów walutowych" i nie obstawiają meczów Polski widzi mi się mecz Ukraina - Chorwacja na 2. I to tak całkiem, całkiem mi się widzi... 

18:30, endrju1976
Link Komentarze (1) »
sobota, 27 września 2008
Grajmy, nie gadajmy!

Jeśli chodzi o siatkówkę, to ostatnio sprowadza się ona do konfliktu pomiędzy Raulem Lozano a Mariuszem Wlazłym.

I wszystkimi wątkami tegoż. Więc wychodzi na to, że Lozano miał siatkarzy naszych za cyborów, maszyny tudzież terminatorów i bezlitośnie wysyłał ich na parkiet siódme poty wyciskając. I jeszcze, że przed barażowymi meczami z Belgią czołowa czwórka naszych siatkarzy symulowała kontuzje i zrobiła sobie wakacje. A to, że że Lozano obściskiwał się z działaczami (uffff, magiczne słowo - działacz) kiedy ważyły się jego losy, a kiedy już się zważyły, wygarnął, co o nich myśli...

I jest tak, że quot homines, tot sententiae. Jedni mówią, że Lozano dobry, a Wlazły zły, że jeden sprawiedliwy a drugi gwiazdorzy. Inni, że Lozano nie tylko prochu nie wymyślił, ale że jego jedynym pomysłem było wyrzucenie z kadry Szymańskiego, i wystawianie Gruszki jako zmiennika Wlazłego (który jak wyżej, ale wręcz przeciwnie - że rację ma). Jeszcze inni dowodzą, że kiedyś było inaczej, i lepiej i nikt nie grymasił, a teraz to delikatni jacyś ci sportowcy. Tu zresztą też łacińska maksyma ma zastosowanie, bo znajdą się i tacy, co powiedzą, że kiedyś obciążenie sportowca zawodowego było jednak mniejsze. Bo było.

Nawet info o tym, że dostaliśmy organizację mś w 2014 nie była tak szeroko dyskutowana jak odejście Lozano ze wszystkimi konsekwencjami i rozliczeniami.
Jasnym jest w tej sytuacji, że niełatwo będzie przebić ów topic. I rozgrywany właśnie memoriał Zdzisława Ambroziaka stoi na straconej pozycji. Ale już pierwsze mecze sprawiły, że człowiekowi lepiej jakoś na duszy. Że w siatkówce znów może o siatkówkę chodzić. Zobaczyliśmy w akcji Skrę Bełchatów, silną jak nigdy i jak nigdy spragnioną europejskiego sukcesu, która śmiało może wystawić dwie, niemal równorzędne szóstki. Widzieliśmy naszpikowaną gwiazdami, z pewnością nie słabszą Resovię, z kapitalnie wprowadzającym się na nasze parkiety Mikko Oivanenem. Powitaliśmy na krajowych parkietach Łukasza Kadziewicza, którego powrót do Polski znaczy dla ligi co najmniej tyle, ile trzy kampanie promocyjne. Aż szkoda, że Trefl Gdańsk na trzy-cztery miesiące stracił Brazylijczyka Bruno Zanuto, bo w Gdańsku szykowała się ciekawa ekipa - z Jarkiem Stancelewskim na środku i Bojanem Janiciem na przyjęciu...


Mistrzem pewnie zostanie Skra, ale i tak czuję, że to będzie fajny sezon. Resovia, Jastrzębie, Mostostal z pewnością nie będą się temu przyglądać. Oprócz Kadzia wrócił i Zbigniew Bartman, wreszcie dużo czasu na parkiecie dostanie jeden z najbardziej niedocenianych siatkarzy, a doceniany przeze mnie Paweł Siezieniewski, w roli lidera (co tylko wyjdzie mu na dobre) sprawdzi się częstochowski środkowy Piotr Nowakowski. Patrzeć będziemy uważnie także na Tomka Józefackiego, który Rzeszów zamienił na Olsztyn, czy Bartka Neroja, który z Bełchatowa przeniósł się do Warszawy.
Sezon będzie ciekawy. Bardzo ciekawy. I oby w siatkówce znów zaczęło chodzić o siatkówkę.

Rację mają zatem i Robert Prygiel, mówiąc o zamieszaniu wokół reprezentacji było - minęło i Przemek Iwańczyk pisząc o zakończeniu cokolwiek żałośnego spektaklu.

Grajmy w siatkówkę. Na przykład tak:

23:14, endrju1976
Link Komentarze (1) »
środa, 24 września 2008
Smak drugiej połówki Camp Nou

Dziś wieczorem, na Camp Nou piłkarze Barcelony podejmą w meczu czwartej kolejki Primera Division Real Betis Sewillę. Dziś też legendarny obiekt Barcy „uszczknął drugą połówkę" – kończy bowiem 51 lat.

 

Jest największym stadionem w Europie i dziesiątym co do wielkości na świecie - jego trybuny mieszczą 98 772 osoby. Uroczyste otwarcie nastąpiło w 1957 roku, a zaszczytu zmierzenia się z jedenastką „Blaugrana" i tym samym inauguracji obiektu dostąpili piłkarze Legii Warszawa. Katalończycy nie okazali się gościnni, wygrali 4:2, a pierwszego gola na Camp Nou strzelił Eulogio Martinez. Dawnych wspomnień czar...:

W historii Camp Nou jest jeszcze inny, nie mniej ważny polski ślad. Otóż własnie tu, w 1992 roku rozegrano finał piłkarskiego turnieju IO w Barcelonie. Reprezentacja Polski, prowadzona przez Janusza Wójcika, z Wojciechem Kowalczykiem i Andrzejem Juskowiakiem w składzie uległa wówczas Hiszpanii 2:3.  Cóż, polscy olimpijczycy i Dariusz Szpakowski w wielkiej formie:


To także Camp Nou widziało jedne z najbardziej niesamowitych, dramaturgią porównywalny chyba tylko z meczem Milan - Liverpool i „Dudek Dance" finałów Ligi Mistrzów, w którym Bayern Monachium, prowadząc jeszcze w 90. minucie 1:0 w ciągu kilku chwil stracił dwie bramki i Puchar... Nie do zapomnienia:

Tak smakowała pierwsza połówka Camp Nou. A jak smakować będzie druga? Dzisiejszy mecz Barcelony przeciwko Betisowi raczej do annałów nie przejdzie. Ale powspominać zawsze miło. Czyż nie? Szkoda tylko, że tej piłki w 1992 jednak nie udało się wybić...

19:52, endrju1976
Link Komentarze (3) »
wtorek, 16 września 2008
Futbol nie znosi próżni

I dlatego, zupełnie jak na rejsowym zebraniu, gdy ktoś musiał zacząć pierwszy, w piłce nożnej musi być klub, który gromadzi u siebie wielkie gwiazdy, nie bacząc na koszty, ani sens ich sprowadzania.

W latach siedemdziesiątych takim klubem był New York Cosmos. Tu przyjeżdżały piłkarskie sławy, by za godziwe pieniądze dorobić sobie do piłkarskiej emerytury, a jednoczesnie pokazać się w stolicy świata. Zresztą, jeśli klub nazywa się Cosmos (od Cosmopolitans), to trzeba spodziewać się w nim międzynarodowego towarzystwa.
Na stadionie "Jankesów" grali więc Brazylijczyk Carlos Alberto, Szkot Charlie Aitken, Holender Johan Neeskens, Niemiec Franz Beckenbauer, a pod koniec istnienia klubu Jugosłowianin Ivan Buljan, Paragwajczyk Roberto Cabanas i Władysław Żmuda. Oczywiście najsławniejszym piłkarzem Cosmos był Pele, pod którego ustawiono nawet stroje drużyny - by przypominały brazylijskie. Potem, gdy Król Futbolu już przyjechał do Nowego Jorku, stroje Cosmos wzorowane były na kostiumach Santosu.


Po zakończeniu kariery przez Pelego, gdy wątki brazylijskie nie były już tak istotne, nowe stroje zaprojektował sam Ralph Lauren - bo New York Cosmos to była marka! Cosmos stać było na płacenie gwiazdom ciężkich pieniędzy, bo klub wspierał Warner - największa grupa medialna na świecie, do którego należą wielkie gazety, telewizje i wytwórnie filmowe. Cosmos przestali istnieć w 1985 roku. Potem było trochę posuchy, wreszcie w 2000 roku prezydent Realu Madryt Florentino Perez rozpoczął operację "Galacticos". Umyślił sobie, że co roku będzie sprowadzać na Santiago Bernabeu wielką gwiazdę. Ale taką naprawdę wielką, na która pójdzie masa pieniędzy, i który zapewni klubowi nie tylko piękne gole (bo obrońców Perez zamierzał rekrutować spośród wychowanków, na tyłach wystarczali mu reprezentanci miejscowej planety). Najpierw za 60 mln euro wydarł Barcelonie Luisa Figo.

 

Rok później zapłacił Juventusowi 73,5 mln euro za Zinedine'a Zidane'a. Potem na Santiago Bernabeu trafiali: Ronaldo z Interu Mediolan, David Beckham z Man Utd, i Michael Owen z Liverpoolu. Real w 2003 roku wywalczył mistrzostwo Hiszpanii, ale potem przyszły trzy lata chude. Bardzo chude, bez żadnego trofeum. Polityka "Zidanów i Pavonów" skończyła się fiaskiem, i na początku 2006 roku Perez odszedł z klubu.
Ale wtedy już od pewnego czasu na rynku futbolowym działał ktoś inny. Gubernator Czukotki, 15 na liście najbogatszych ludzi świata, Roman Arkadiewicz Abramowicz.

 

W 2003 roku kupił Chelsea, i zaczął pompować w nią gigantyczne sumy pieniędzy. Damien Duff - 26,5 mln euro, Hernan Crespo 26 mln, Adrian Mutu prawie 23 mln, Juan Sebastian Veron 22,5 mln, Claude Makelele 20 mln, Scott Parker - 14 mln... w pierwszym roku rządów Abramowicza. Wudał ponad 175 mln euro. W kolejnym ponad 160 mln, na m.in.: Didiera Drogbę, Ricardo Carvalho, Paulo Ferreirę, Arjena Robbena, Jiriego Jarosika. W trzecim roku urzędowania tylko na parę Mickael Essien - Shaun Wright-Phillips wyłożył prawie 70 mln  euro! W sezonie 2006/2007 za Andrija Szewczenkę zapłacił wówczas 46 mln euro. "Szewa" był w Londynie zupełnie niepotrzebny. Ale Abramowicz go lubił...
Jakieś dwa lata temu Abramowicz zaczął się jakby uspokajać. Przed rozgrywkami 2007/2008 wydał raptem 62 mln euro, a przed obecnym okazał się prawdziwym skąpcem i wydał tylko 30,5 mln euro.
Ale Abramowicza już ktoś zluzował... 1 września 2008 roku grupa Abu Dhabi United Group Investment and Development Limited przejęła Manchester City. Transakcja opiewała na 200 mln funtów. Jej właściciel, szejk Mansour bin Zayed Al Nahyan jest kibicem futbolu. Dlatego tuż przed zamknięciem okna transferowego City złożyło wartą 40 mln euro ofertę za Dymitara Berbatowa (wolał MU), a zupełnie w ostatniej chwili ściągnęło za 43 mln euro Robinho.

 

I odgraża się, że to nie koniec. Szejkowie sa ponoć gotowi zapłacić Juve za Gianluigiego Buffona 75 mln, Milanowi za Kakę 165 mln euro, a MU za Cristiano Ronaldo 170 mln euro.
Piłkarze pukają się w głowę i zapowiadają, że do City nie przejdą, choć City mają duże pieniądze. Ale nie sądzę, by zraziło to szefów MC. A jeśli nie ich, to następną ekipę z szefem, o rozbudowanym widzimisię.

20:26, endrju1976
Link Komentarze (1) »
sobota, 13 września 2008
Sto lat, Goran!

Nie tak dawno emocjonowaliśmy się tenisowym US Open i walką Rogera Federera o uratowanie nienajlepszego sezonu. Szwajcarowi się udało – po raz piąty z rzędu wygrał w Nowym Jorku. Miewał wahania formy, ciężkie, pięciosetowe przeprawy, nie był, jak to wcześniej bywało, poza zasięgiem rywali, ale poradził sobie i uwodnił, że jest wielkim mistrzem.
Ale ja, obserwując nowojorski turniej wspominałem innego tenisowego tuza, który wprawdzie tylko raz cieszył się z wielkoszlemowego zwycięstwa, ale charyzmą, osobowością i charakterem wystarczył za całą pierwszą „dziesiątkę” obecnego rankingu ATP...



Wyglądało na to, że rok 2001 będzie kolejnym pasmem nieszczęść Gorana Ivanisevicia. Chorwat spadał coraz niżej w rankingu, zmagał się z kontuzjowanym ramieniem, i przegrywał w fatalnym stylu. „W ogóle mnie to już nie bawi” – mówił po porażce w pierwszej rundzie US Open w sierpniu 2000 r. W listopadzie, grając z Koreańczykiem Hyung-Taik Lee w drugiej rundzie turnieju Samsung Open w Brighton ze złości połamał wszystkie rakiety, jakie miał przygotowane na ten pojedynek… Wszystko było, jak mawiają jego rodacy „bljak”. Tuż przed Wimbledonem 2001, podczas turnieju na trawiastych kortach Queen’s Clubu, określanym jako rozgrzewka przed Wimbledonem Ivanisevic odpadł w pierwszej rundzie z Włochem Cristiano Carattim. Po porażce stwierdził, że nie obchodzi go specjalnie, czy kiedykolwiek jeszcze zagra w tenisa.

Ale Wimbledonu odpuścić nie mógł. On, trzykrotny wicemistrz trawiastych kortów (1992 – porażka z Andre Agassim, 1994 i 1998 - przegrane z Petem Samprasem). W rankingu notowany był na 125 pozycji, więc musiał poprosić organizatorów o „dziką kartę”.
Zaczęło się od trzech wygranych, choć zaciętych setów ze Szwedem Fredrikiem Jonssonem: 6:4, 6:4, 6:4. W drugiej rundzie Ivanisević pokonał rozstawionego z nr. 21 Hiszpana Carlosa Moyę 6:7 (6-8), 6:3, 6:4, 6:4. Kiedy w trzeciej zwyciężył wschodzącą gwiazdę Andy’ego Roddicka 7:6 (7-5), 7:5, 3:6, 6:3 już nikt nie myślał o tym, by zastosować się do słów samego Chorwata, który narzekając na swoją grę mówił, że należałoby go rozstrzelać.
W czwartej rundzie czekał reprezentant gospodarzy Greg Rusedski, który śmiało mógł konkurować z Ivaniseviciem jeśli idzie o siłę serwisu. Chorwat pokonał go w trzech setach, 7:6 (7-5), 6:4, 6:4, by w ćwierćfinale ograć turniejową „czwórkę”, Marata Safina 7:6 (7-2), 7:5, 3:6, 7:6 (7-3).

Ivanisevicia w półfinale nie spodziewał się nikt. Ale do finału awansować prawa nie mógł. Miejsce zarezerwowane miał tam faworyt gospodarzy Tim Henman (nr. 6).
Pierwszego seta półfinału wygrał Chorwat 7:5. Ale dopingowany przez kibiców na Korcie Centralnym, którzy od 1938 roku czekali na finał z udziałem Anglika, Henman w drugim był lepszy, wygrywając w tie-breaku 7:6 (8-6). A w trzecim grał jak natchniony. Oddał rywalowi zaledwie kilka piłek, rozbił go 6:0 w ciągu kwadransa. W czwartym Henman prowadził 2:1, ale wtedy z nieba lunął deszcz.
- Bóg chciał, żebym wygrał. Bóg zesłał ten deszcz – powiedział po meczu Ivanisevic. Czwartego seta dokończono następnego dnia. Odrodzony Goran wygrał 7:6 (7-5) i piątą partię, rozegraną jeszce kolejnego dnia 6:3.

Czy tak grającego Chorwata ktoś mógł zatrzymać? W finale starał się Australijczyk Patrick Rafter, ale Ivanisević, po kolejnym thrillerze wygrał 6:3, 3:6, 6:3, 2:6, 9:7.
- Marzyłem o tym tytule przez całe życie – powiedział po zwycięstwie.

W ojczyźnie czekały na niego tysiące fanów. „Nie da się tego opisać, tak nie witali nawet piłkarzy wracających z brązowym medalem z mistrzostw świata” – opowiadali mi kiedyś znajomi z Zagrzebia.
Bukmacherzy w ogóle nie stawiali na zwycięstwo Ivanisevicia. Dość powiedzieć, że ani Ladbrokes, ani Will Hill nie miały zakładu na zwycięstwo Gorana w ofercie. Kiedy wreszcie je wstawili, pierwszy uwierzył w Ivanisevicia James Hesketh z Londynu. Najpierw zagrał u Williama Hilla na Chorwata 120 funtów przy stawce 151, potem dołożył kolejne 120 funtów, kiedy stawki zjechały do 76. W sumie zgarnął 27 tys. funtów.

Tak się składa, że Chorwat dziś świętuje 37. urodziny – dlatego, sto lat Goran, sretan rodendan! A, że zaczęliśmy od Federera to i na Federerze zakończymy. Bo ma niemały udział w życiowym sukcesie Chorwata. To on, jako nastolatek pokonał w czwartej rundzie tamtego pamiętnego turnieju Pete’a Samprasa – nemezis Ivanisevicia.

 

I jeszcze Goran Ivanisevic feat. System of A Down mix.:

16:08, endrju1976
Link Komentarze (5) »
piątek, 12 września 2008
Robinho już wygrał z Liverpoolem i MU

"On nie może już doczekać się debiutu" - mówi menedżer Manchesteru City Mark Hughes. - "Tym bardziej, że wypadnie on w meczu z Chelsea."

Kto tak bardzo pali się do gry? Oczywiście Robinho, za którego City, zasilone milionami arabskiej grupy inwestycyjnej Abu Dabi United Group zapłaciło ok. 42 mln euro.
A mecz z Chelsea wzbudza dodatkowe emocje, bo MC sprzątnęło Robinho sprzed nosa właśnie "The Blues", którzy już, krótko, bo krótko, ale handlowali koszulkami z nazwiskiem Robinho na plecach.
"Nie byliśmy w stanie spełnić jego żądań finansowych" - stwierdzili działacze Chelsea. I odpuścili. I tak Robinho, krytykowany zewsząd za wybór nowego pracodawcy - swoje dołożył nawet Pele, któremu młodszy rodak odpowiedział, że łatwo jest stać z boku i komentować, kiedy nie wie się, jaką gehennę przechodził on w Realu.


Tak więc nie Chelsea, a Manchester. A, że licytacja o Robinho to był bez wątpienia hit okna transferowego, nic dziwnego, że na mecz MC - Chelsea ostrzą sobie zęby całe Wyspy Brytyjskie.
"W tej chwli światła reflektorów zwrócone są na nas. W sobotę jest jeszcze inny, ekscytujący mecz, ale myślę, że nasze spotkanie przyćmiło to drugie wydarzenie" - przyznał Hughes.
To drugie wydarzenie? Proszę państwa, mówimy o spotkaniu Liverpool - Manchester United, na Anfield Road! A jednak, debiut Robinho przeciwko swym niedoszłym pracodawcom wywołuje większe zainteresowanie.
Na ten właśnie mecz Paddypower - jeden z najpopularniejszych bukmacherów na Wyspach zaprasza prezentując Robinho ubranego jak arabski szejk, którego szata jest w barwach Chelsea i MC - po połowie. 

 
Mark Hughes: "Z Robinho jest tak, że jak długo ma piłkę przy nodze, masz wrażenie że coś niezwykłego się stanie..."
No właśnie, co się może stać? I ile można na tym zarobić? : Robinho strzeli gola i ucałuje herb MC 13,00; Deco dostanie żółtą kartkę za faul na Robinho 15,00; Robinho strzeli dwie bramki 67,00; Robinho strzeli samobója 67,00. Można też obstawiać, który z londyńczyków pierwszy sfauluje Brazylijczyka (Deco, Terry, Ashley Cole po 7,00) lub czy Robinho strzeli więcej goli niż Didier Drogba 7,50.
Mało tego - jeśli Robinho strzeli gola dla którejkolwiek z drużyn, bukmacher zwróci pieniądze za wszystkie przegrane zakłady na ten mecz obejmujące strzelca pierwszego i ostatniego gola meczu, dokładny wynik i strzelca gola przy jednoczesnym wskazaniu wyniku.

20:25, endrju1976
Link Komentarze (2) »
wtorek, 09 września 2008
Achilles i żółw, czyli poziom w Europie się wyrównał

Nie ma co ukrywać - dobrze nie jest. Już nawet Jacek Gmoch zaczyna przebąkiwać, że Leo Beenhakker powinien odejść, i że czas na zmiany. Reprezentacja zagrała ze Słowenią fatalnie, kadrowicze zebrali skandalicznie niskie, choć zupełnie zasłużone noty, zamiast planowych trzech punktów dopisaliśmy do swojego konta jeden i z rosnącym niepokojem wyczekiwać poczęliśmy meczu z San Marino. Oczywiście tu też planowo mamy dopisać sobie trzy punkty, ale, w zaistniałej sytuacji...

Dlatego w polskim obozie nastąpiła pełna mobilizacja. Leo zamyka treningi, by przećwiczyć jakieś wymyślne, ofensywne taktyki. Mówi się o wystawieniu dwóch napastników (no, no!), reprezentację znów ratować ma Ebi Smolarek, a boczni obrońcy wreszcie mają dublować skrzydłowych i zagrać ofensywniej. 
Z drugiej strony zaczęło się powtarzanie, że nie ma co spodziewać się łatwego meczu, bo jak się okazało nie gramy wcale z kelnerami. Nie będzie żadnego spacerku, bo... uwaga, uwaga - poziom gry niesamowicie się wyrównał i nie ma już słabych drużyn.

Co ciekawe, powtarzanie, że poziom gry się wyrównał, i że słabych już nie ma to nasza specjalność. Bo zawsze, po marnym występie okazuje się, że "poziom się wyrównał”. Wychodzi na to, że poziom gry wyrównuje się już od dłuższego czasu, co z jednej strony przypomina słynny filozoficzny paradoks z Achillesem i żółwiem, którego sławny heros nie mógł dogonić (no bo przecież wciąż z San Marino wygrywamy), a z drugiej każe jednak z przerażeniem czekać jutrzejszego meczu. No bo jak się w końcu wyrówna, to i ”złota rączka” może nie wystarczyć:

Bukmacherzy raczej skłaniają się ku tej pierwszej opcji; : San Marino - Polska, San Marino 34.00 X 10,00 Polska 1,04. Na razie?

19:53, endrju1976
Link Komentarze (1) »
środa, 23 lipca 2008
Mallorca, extasy and motion

Kibice na Wyspach już dawno przyzwyczaili się, że kluby Premiership są coraz mniej angielskie. I nie chodzi tutaj o piłkarzy czy trenerów, lecz właścicieli klubów. Chelsea, Aston Villa, Fulham, Liverpool, Manchester City, Manchester United, Portsmouth i West Ham. Te zespoły są już w rękach zagranicznych właścicieli. Możliwe, że niedługo dołączy do nich Tottenham (cena wywoławcza to 250 mln funtów).

Czy oznacza to, że angielscy milionerzy nie interesują się piłką bądź są za biedni? Niekoniecznie. Okazuje się, że niejaki Paul Davidson, właściciel firmy układającej rury kanalizacyjnej, kupił Real Mallorkę. Za 96 proc. akcji klubu zapłacił 50 mln funtów. Davidson przyznaje, że na futbolu się nie zna i dopiero zamierza regularnie odwiedzać stadion. Bieżące zarządzanie klubem zostawi w rękach miejscowych działaczy.

Na razie bukmacherzy jakoś z entuzjazmem nie zareagowali na wieści płynące z Balearów. Szanse Mallorki (na mistrzostwo Hiszpanii)  wycenia na 101. Wyżej stoją szanse sześciu klubów (najwyżej Realu Madryt, 1,85). Czyli bukmacherzy są zdania, że Mallorca zajmie to samo miejsce, co w poprzednim sezonie (7).

Davidson nic nie powiedział na temat, dlaczego wybrał Hiszpanię. A za podobną kwotę mógł kupić angielski klub - Portsmouth. Klub ten znudził się już bowiem rosyjsko-francuskiemu biznesmenowi Aleksandrowi Gajdamakowi. Ogłosił on kilka tygodni temu, że jest gotów sprzedać Portsmouth za 60 mln funtów. Tym samym Gajdamak chce tylko zwrotu kosztów, jakie poniósł dwa lata temu kupując klub. Wtedy - wg nieoficjalnych danych - w dwóch ratach zapłacił za niego w sumie 47 mln funtów (kilkanaście wydał na transfery).

A Davidson może sobie posłuchać:

13:14, endrju1976
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9